Loading...
Z kroniki OSP 2018-01-08T21:46:03+00:00

Kronika OSP, prowadzona przez wieloletniego członka naszej straży, Andrzeja Ramczykowsiego, założona została w roku 1997 i od tamtej chwili stanowi główne źródło wiedzy na temat naszego stowarzyszenia.
W tym miejscu odzwierciedlone zostały dokładnie słowa zawarte na jej stronnicach.

Z przeszłości Kłobuczyna

Kłobuczyno to wieś niewielka, liczy obecnie 492 mieszkańców. Położona jest na terenie Pojezierza Kaszubskiego u podnóża Wzgórz Szymbarskich z ich najwyższym wzniesieniem Wieżycą (328,6 m n.p.m.), zaś administracyjnie należy do Gminy Kościerzyna w województwie gdańskim.
Jest jedną z najstarszych miejscowości w rejonie kościerskim. Zaludnione już było w czasach prehistorycznych, o czym świadczą odnalezione tutaj zabytki archeologiczne należące do tzw. kultury wschodniopomorskiej, której schyłkowy okres przypada na II wiek p.n.e.

Pierwsza bezpośrednia informacja źródłowa o tej osadzie zawarta jest w dokumencie księcia gdańsko-pomorskiego, Mściwoja II, wystawionym w Słupsku w 1284 roku. Mocą tego dokumentu Mściwoj II nadawał swojej siostrze stryjecznej, Gertrudzie, najmłodszej córce Sambora II, księcia lubiszewsko-tczewskiego, ziemię zwaną Pirsna z wymienionymi z nazw dwudziestoma dwiema innymi wsiami.

Ziemię tą Gertruda odsprzedała następnie rządzącym już Pomorzem Krzyżakom na mocy aktu wystawionego dnia 14 stycznia 1312 roku w klasztorze sióstr norbertanek w Żukowie za niezbyt wygórowaną kwotę 300 grzywien. Kłobuczyno stało się wsią rycerską, a w świetle wykazu czynszów i służb rycerskich z 1437-1438 roku zwało się Borchardisdorf.

W rękach zakonu niemieckiego wieś pozostawała przez następne 154 lata, po czym kończący polsko-krzyżacką wojnę trzynastoletnią pokój toruński, zawarty dnia 19 października 1466, przywrócił do Korony Królestwa Polskiego m.in. Pomorze Gdańskie, które wraz z resztą odzyskanych wówczas ziem utworzyło prowincję określana odtąd jako Prusy Królewskie.

Owe 13 lat wojny pozostawiło wsie Kłobuczyno i sąsiednie Manczewo całkowicie zniszczone i wyludnione, a ich grunty z czasem porosły lasy. Obszar ten znalazł się w granicach dóbr starograbowskich, których właścicielem w 1600 roku został Maciej Knibawski. On to, chcąc pomnożyć sobie poddanych, a przez to i dochody, sprowadził z Pomorza Zachodniego luterańskich osadników. I tak 24 października 1605 roku podpisał umowę o lokacji wsi Kłobuczyno z 18 rodzinami ewangelickich kolonistów, z sołtysem Marcinem Gussem i pastorem Marcinem Tabertem na czele. Sprzykrzywszy sobie jednak procesy graniczne ze starostą kościerskim Dymitrem Wejherem, Knibawski w 1617 roku sprzedał wieś razem z całym kluczem grabowskim bratu Dymitra, Janowi Wejherowi, wojewodzie chełmińskiemu i staroście puckiemu. Ten zaś z kolei, drogą zamiany na wsie Osłonino i Błądzikowo w powiecie puckim, dobra te przekazał zakonowi kartuzów z dzisiejszych Kartuz. Przejęcie nastąpiło dnia 22 października 1620 roku na podstawie aktu wystawionego miesiąc wcześniej przez sąd w Człuchowie.

W 1621 roku zastajemy w Kłobuczynie obok sołtysa siedzącego na pięciu włókach, ośmiu gburów trzymających po jednej włóce, jednego na półtorej włóki i dwunasty na półwłóczkach. (1 włóka = 1 łan = ok. 17 ha)

Dnia 5 sierpnia 1772 roku w wyniku trójstronnej umowy rozbiorowej, zawartej w Petersburgu przez Rosję, Prusy i Austrię, Prusy Królewskie znalazły się pod władaniem króla pruskiego Fryderyka II, a będące ich częścią Pomorze Gdańskie zwana odtąd Prusami Zachodnimi.

Dobra klasztorne kartuzów zostały przejęte przez pruskie kmenry (zarządy) w listopadzie tegoż roku. Kłobuczyno liczyło wówczas 104 mieszkańców, gospodarujących na 22 łanach ziemi. Zaborcze rządy Prusaków minęły wraz z zakończeniem I wojny światowej, w myśl postanowień traktatowych konferencji pokojowej w Paryżu i porozumień polsko-niemieckich z 1919 roku.

Wojsko polskie w imieniu odrodzonej Rzeczypospolitej przejęło Kartuzy dnia 8 lutego 1920 roku. Wtedy to właśnie od strony Ręboszewa, mimo dotkliwego mrozu, przybył do miasta I Pułk Ułanów Krechowieckich, których w imieniu społeczeństwa powitał ówczesny starosta kartuski, mecenas Sobiecki Emil.

Wojska pruskie natomiast opuściły miasto już poprzedniego dnia w południe, wśród bicia dzwonu kościoła ewangelickiego. Ziemie powiatu kartuskiego wróciły do Macierzy – po 148 latach niewoli nastał czas Polski Niepodległej.

(Zdjęcie 3 - Żołnierze Wojska Polskiego II Rzeczypospolitej, październik 1929, pierwszy z prawej stoi Alfons Machola, członek OSP Kłobuczyno)

Z dziejów OSP Kłobuczyno

Początki tworzenia na terenie Kłobuczyna zorganizowanej ochrony przeciwpożarowej giną w mrokach przeszłości. Na miejscu nie zachowały się bowiem żadne dokumenty, publikacje czy choćby zapiski z tamtych czasów, które pozwoliłyby udokumentować datę powołania ochotniczej straży ogniowej. Jeżeli nawet takowe były, to należałoby obecnie szukać ich raczej w archiwach niemieckich, wszak właśnie Niemcy stanowili tu niegdyś zdecydowaną przewagę liczebną. Niezaprzeczalnym faktem jednak jest, iż pod koniec XIX i na początku XX wieku jakaś namiastka jednostki pożarniczej we wsi już istniała. Świadczyć o tym choćby może ręczna sikawka strażacka na zaprzęg konny, wyprodukowana gdzieś na przełomie wieków, a zachowana jeszcze do lat siedemdziesiątych obecnego stulecia. Możemy się jedynie domyślać, że inicjatorami i organizatorami tego przedsięwzięcia byli miejscowi Niemcy, wtenczas liczebniejsi i ekonomicznie silniejsi. Dzisiaj już nawet trudno ustalić, czy ówczesna drużyna pożarnicza była jednostką ochotnicza, czy też tak popularną w zaborze pruskim strażą obowiązkową. Bezpośrednim powodem jej utworzenia była zapewne chęć ochrony własnego dobytku przed niszczącymi go pożarami. We wsi istniały przecież liczne gospodarstwa rolne, a wraz z ich rozwojem wzrastała też liczba zabudowań. I właśnie owa zwarta zabudowa zagród, i to zabudowa łatwopalna – wszak były to w większości budynki drewniane, do tego jeszcze kryte strzechą bądź papą – była owym czynnikiem przemawiającym za stworzeniem szybkiej i skutecznej interwencji na wypadek ognia. Wystarczała dosłownie iskra z komina, aby w słoneczny, wietrzny dzień przysłowiowe „pół wioski poszło z dymem.”

(Zdjęcie 4 - Pismo Nr 812/1/74 UG skierowane do Komendanta Powiatowego w Kościerzynie w związku z nadchodzącym jubileuszem 200-lecia działalności OSP Kłobuczyno)

O dużym zagrożeniu pożarowym świadczą zresztą pożary odnotowane w starej, przedwojennej kronice szkolnej. I tak: jeden z największych miał miejsce dnia 20 września 1898 roku – spłonęły wtedy zabudowania oberżysty Wilhelma Schafferusa przy szosie Kościerzyna – Egiertowo (strona prawa) oraz budynek ówczesnej szkoły wiejskiej. Autor kroniki szkolnej tak opisuje tamte tragiczne wydarzenia (tu podane za niemieckojęzyczną publikacją „Klobschin (Burchardsdorf)…”):

„Tego dnia, przed południem o godzinie 11.15, z niewiadomych przyczyn wybuchł pożar w oborze karczmarza Wilhelma Schafferusa. Leżąca tam na ziemi słoma stanowiła dla rozpętującego się żywiołu obfity pokarm. Aczkolwiek ze wszystkich stron ludzie przybiegali na pomoc, to jednak ognia opanować nie zdołali, albowiem na miejscu i w okolicy nie było żadnej sikawki strażackiej, brakowało też wody. Wkrótce płomienie zagarnęły, więc także gospodę, a zaraz potem również i stodołę wypełnioną zbożem. Lecz pomimo tego udało się jeszcze uratować bydło i większość majątku ruchomego. Wszystkie te trzy budynki spaliły się do murów obwodowych i fundamentów. A ponieważ wiał akurat wiatr zachodni, znosił on ogromne jęzory ognia prosto na budynek szkoły. I chociaż ludzie siedzieli na dachu, starając się gasić ów „latający” ogień, to słomiany dach szkoły i tak się zapalił, a cała szkoła stanęła niebawem w jasnych płomieniach. Z panującego kierunku wiatru można było przewidzieć, iż szkoła zajmie się ogniem, toteż nauczyciele przystąpili niezwłocznie do ratowania majątku. Podczas, gdy ocalone zostały rzeczy znajdujące się w dolnych pomieszczeniach, spłonęły całkowicie ruchomości należące do nauczyciela Kannenberga. (…) Chlewik i sąsiadujące z nim budynki ze względu na istniejący kierunek wiatru zostały przez ogień oszczędzone, gdy tymczasem inne, znacznie bardziej oddalone zabudowania, zostały od „latających” płomieni poważnie zagrożone pożarami.”

Aby więc być właściwie przygotowanym na niebezpieczeństwo wystąpienia pożaru, mieszkańców wsi należało odpowiednio zorganizować, a na miejscu zgromadzić stosowny sprzęt gaśniczy. I właśnie tego typu działania podjęto też w Kłobuczynie. Pytanie tylko: kiedy?

Zarówno czas, jak i okoliczności utworzenia we wsi drużyny ogniowej wciąż zostają nieznane. A ewentualne daty to jedynie domysły, przypuszczenia i niepotwierdzone zapiski, opierające się przede wszystkim na ustnych przekazach zachowanych wśród miejscowej ludności. Nie można bowiem chyba zbyt dosłownie traktować pisma Naczelnika Gminy Kościerzyna inż. Zofii Główczewskiej z 14 stycznia 1974 roku, w którym mówi się o obchodach 200-nej rocznicy istnienia OSP Kłobuczyno, co wskazywałoby 1774 jako rok jej założenia. Chociaż, kto wie…

Tym bardziej, że wśród lokalnej społeczności przez długie lata panowało przekonanie, iż początkowym dla działalności straży powinien być rok 1785. Wynikało to z faktu, że na drzwiach starej remizy strażackiej (obecnie posiadamy nową, wybudowaną w połowie lat 80-tych) znajdowały się dwie blaszane tablice z wytłaczanymi napisami w języku niemieckim, każda o wymiarach 26 cm na 18,2 cm, których to treść przedstawiała się następująco:

(Zdjęcie 5 - Zachodniopruskie Stowarzyszenie Ogniowe założone w r. 1785)
(Zdjęcie 6 - Majątek ruchomy jest ubezpieczony w Zachodniopruskim Stowarzyszeniu Ogniowym)

Kiedyś o owym Zachodniopruskim Stowarzyszeniu Ogniowym nawet najstarsi mieszkańcy wsi nie potrafili nic konkretnego powiedzieć. Tablice na drzwiach remizy wisiały po prostu „od zawsze”, stąd też u ludzi zakorzenił się pogląd, że mogą one dotyczyć tylko i wyłącznie miejscowej organizacji strażaków – ochotników. Tymczasem ich treść, szczególnie drugiej tablicy, sugeruje, że odnoszą się one nie do historii OSP, lecz jakiegoś towarzystwa ubezpieczeniowego (poza tym straż ogniowa to przecież w języku niemieckim Feuerwehr, a nie Feuersozietat). Fakt ten w styczniu 1998 roku potwierdził również p. Alfons Machola, według którego owa Westpreussische Feuersozietat z tablic była niemiecką firmą ubezpieczeniową, której siedziba mieściła się w powiecie, w Kartuzach. A z racji tego, że działała ona też na terenie naszej miejscowości, a przynależność do niej była najpewniej obowiązkowa, tablice umieszczono właśnie na remizie strażackiej, usytuowanej przecież pośrodku wsi, a do tego jeszcze na gruncie gminnym. Niemniej jednak trzeba pamiętać także i o tym, że to właśnie zakłady ubezpieczeniowe inicjowały często tworzenie w terenie ochotniczych straży pożarnych. Czy było tak również w naszym przypadku, nie wiadomo.

(Zdjęcie 7 - Na zachowanych do dzisiaj niemieckich tablicach ze starej remizy widać już wyraźnie upływ czasu)

Całkiem odmienną wersję wydarzeń przedstawił długoletni naczelnik naszej jednostki, dziś juz nieżyjący, dh Józef Jank. Otóż z poczynionych przezeń ok. 1985 roku zapisków wynika, że OSP powołano w 1871 roku, niemiej jednak z czasem sam zmienił tę datę na 1905 rok.

Z kolei ówczesna sekretarz straży, p. Genowefa Dziemińska w „Sprawozdaniu z działalności za rok 1979 na walne zebranie w dniu 10 grudnia 1979 r.” jako rok założenia wpisała rok 1876 (w poprzednich latach rubryka ta pozostawała pusta), lecz dzisiaj, niestety, nie potrafi już takiego zapisu uzasadnić. Na ile te daty są wiarygodne i czy dotyczą one rzeczywiście straży ochotniczej, trudno już dzisiaj ustalić. Tym bardziej, że w zachowanym „Sprawozdaniu administracyjnym Powiatowego Związku Samorządowego powiatu kartuskiego za czas od 1.04.1936 r. do 31.03.1937 r.” wymieniono w gminie wiejskiej Stężyca, do której należało także Kłobuczyno, jedynie trzy istniejące wówczas dobrowolne stowarzyszenia strażaków: OSP Stężyca, OSP Skorzewo i OSP Szymbark. Toteż nasi strażacy, wnioskując w 1961 roku o rejestrację swojej organizacji, widocznie nieprzypadkowo jako początek swojej działalności podają już 1945 rok. Mogło to jednak wynikać również z antyniemieckiej świadomości owych osób oraz podejścia samych władz do sprawy niemieckiej (wszak wciąż żywa jeszcze była w narodzie pamięć o okrucieństwach II wojny światowej, a wszystko, co niemieckie traktowano wtedy jako hitlerowskie, czyli godne potępienia i najwyższej pogardy). Taką samą datę powołania miejscowej OSP zaakceptowali później także członkowie Społecznego Komitetu Fundacji Sztandaru, gdy w roku 1991 prowadzili działania zmierzające do nadania kłobuczyńskiej jednostce sztandaru. Uznano wtedy straż naszą od tego przełomowego roku 1945 za całkowicie polską, to znaczy organizowaną wyłącznie przez Polaków, polskich obywateli też jedynie zrzeszającą, a strukturalnie podległą także już tylko polskim władzom związkowym. Ochotniczy charakter straży również był już jednoznaczny i nie budził niczyich zastrzeżeń.

Zobaczmy jednak, co na ten temat piszą Erich Hoffman i Erwin Zischke, Niemcy wywodzący się właśnie z Kłobuczyna, w cytowanej już publikacji „Klobschin…”: „Szczególną instytucją w Kłobuczynie była jeszcze ochotnicza straż pożarna. Nie wiadomo, kiedy została ona założona. Prawdopodobnie istniała już dłużej, dostosowując się stale do wymagań i technicznego rozwoju czasów. Gdy w 1898 roku spłonęła szkoła w Kłobuczynie, nie było tu wtedy jeszcze sikawki strażackiej, ale zapewne wkrótce po tym jednak ją nabyto. Była to sikawka przewoźna, gdzie wodę pompować musiało 6-8 mężczyzn. W czasie II wojny światowej zakupiona została motopompa. Naczelnikiem straży pożarnej w 1945 roku był kowal Walter Pleger.” Autorzy publikacji nie rozstrzygają tu wątpliwości dotyczących daty powołania drużyny ogniowej, potwierdzają jednak istnienie na początku wieku sikawki strażackiej, podają tez nazwisko naczelnika z czasów wojny. A kto był przedtem?

Wspomniany już dh Józef Jank w swoich notatkach pisze dalej, że przed r. 1939 (i jakoby od roku 1871) komendantem OSP był Anotni Machola, zaś prezesem – Wiktor Bistroń (podobnie twierdził też Alfons Machola, mawiając, że jego ojciec, Antoni, był w straży „całym jej szefem”). Członków ówczesna jednostka posiadała podobno 15-tu.

W czasie wojny natomiast komendantem miał być ponoć Niemiec, Erich Recknagel, a prezesem Polak, Franciszek Gronda. Zapis ten kłóci się jednak wyraźnie z treścią przytoczonego wcześniej fragmentu książki. A i notujący te wiadomości dh Jank uznał je widocznie za niezbyt ścisłe, skoro odnoście lat 1939-1945 dopisał jeszcze dwóch innych potencjalnych działaczy: Niemca nazwiskiem Zischke/Ciszke i Polaka – Szalewskiego.

Podobnych rozważań i wątpliwości można byłoby zapewne przytoczyć więcej, lecz jakiż sens miałyby dalsze takowe spekulacje. Nie wniosłyby one niczego nowego, a jedynie pogmatwałyby niepotrzebnie i tak już niejasną przeszłość straży. Kiedyś przecież muszą odnaleźć się archiwalia, które jednoznacznie wyjaśniają to, czego obecnie można tylko domniemywać.

Straż ogniowa w Kłobuczynie istnieje od bardzo dawna, ale kiedy właściwie ją założono, tego dzisiaj – niestety – nikt dokładnie nie pamięta. Na pewno działała juz pod koniec XIX wieku, jednak w tamtym okresie była znacznie gorzej wyposażona. Ówczesny sprzęt gaśniczy stanowiły przede wszystkim wiadra i łopaty oraz topory i bosaki. Była wtedy także inaczej niż obecnie zorganizowana: w przypadku alarmu praktycznie każdy dorosły mieszkaniec osady zobowiązany był stawić się w miejscu pożaru lub innego tragicznego zdarzenia. Musiał ponadto przynieść ze sobą własny kubek oraz jakieś dodatkowe, stosowne narzędzie – ot, choćby widły czy siekierę. A takimi przymusowymi „strażakami” dowodził wtenczas i całą akcją ratowniczą kierował – niejako z urzędu – miejscowy sołtys, aktualnie sprawujący w podległej mu wsi władzę.

Na początku XX stulecia (a najpewniej to jednak dopiero po I wojnie światowej) struktura organizacyjna kłobuczyńskiego stowarzyszenia pożarników uległa zasadniczej przemianie. Wtedy to bowiem zmobilizowano tu stałych strażaków, odpowiednio w tym celu przygotowanych i przeszkolonych. Przewodził im też już, nie jak dotychczas – sołtys wsi, lecz powoływany przez samych członków komendant jednostki. Do straży tej przystąpiła dobrowolnie większość miejscowych rolników; i obojętne było, czy legitymowali się oni obywatelstwem niemieckim (a tacy wówczas – aż do zakończenia II wojny światowej – przeważali), czy też byli narodowości polskiej (wśród nich zaś społecznym zaangażowaniem wyróżniał się ponoć ojciec Alfonsa, Antoni Machola). A z niemieckiego zwano ją wtenczas Feuerwher, freiwiliige Feuerwehr.

Dla potrzeb owej Feuerwehry – ale w okresie, gdy była ona jeszcze ciągle formacją przymusową – gdzieś około 1911 lub 1912 roku (chociaż niekiedy p. Machola wskazywał tu także rok 1914) zakupiono z funduszy wielskich pierwszą w okolicy, zupełnie nową, niemiecką sikawkę strażacką

(Zdjęcie 8- Niemiecka sikawka strażacka. Zbiory Skansenu Kolejowego Parowozownia PKP w Kościerzynie)

Urządzenie to zainstalowane było na czterokołowym, dwuosiowym podwoziu na zaprzęg konny i wyposażone zostało w ręczną pompę wodną ze zbiornikiem ciśnieniowym, (czyli tzw. powietrznikiem) o charakterystycznym kształcie odwróconej gruszki bądź żarówki, w komplet węży (ssawnych i tłoczonych) oraz w dzwon alarmowy. Sikawkę tę do pożaru powinna była ciągnąć para koni, natomiast wodę pompować musiało jednocześnie, co najmniej czterech ludzi: po dwóch z każdej strony dźwigni, a i tak było to dla nich bardzo wyczerpujące zajęcie, dlatego też najczęściej pracowano na zmianę.

Organizatorami tego przedsięwzięcia, a zapewne także i jego fundatorami, byli wyłącznie tutejsi Niemcy, przewyższający wówczas Polaków liczebnie i gospodarczo. Ówczesne Kłobuczyno liczyło 57 rodzin niemieckich i tylko 17 polskich. Pozyskana wówczas Feuerspritza stała początkowo w gospodarstwie p. Guzy (inicjatora przedsięwzięcia), lecz z upływem lat – ale jeszcze w okresie międzywojennym – przeniesiono ją do budynku starej, nieistniejącej już dziś, ceglanej remizy. Pamiętajmy bowiem, że w chwili, gdy sikawkę nabywano, to owej murowanej strażnicy w Kłobuczynie jeszcze nie było, z całą pewnością jednak stała już w czasie II wojny światowej. Znajdowała się w tym samym miejscu, co obecna, była jednak znacznie mniejsza – zajmowała jedynie teren pod współczesnym biurem. Posadowiona została na gruncie gminnym, a zbudowano ją z pełnej czerwonej cegły i przykryto łagodnym, dwuspadowym dachem z papy; prowadziły zaś do niej – od strony p. Benki – dwuskrzydłowe, łukowato zwieńczone drzwi. I co ciekawe, najwyraźniej nie obawiano się kiedyś złodziei, remizy bowiem nigdy nie zamykano na klucz. Sprzęt w niej zgromadzony był w każdej chwili łatwo dostępny.

Krótko przed wybuchem II wojny światowej kłobuczyńska straż była organizacją prężną i w miarę nowoczesną. Liczyła mniej więcej 24 członków, a oprócz sikawki ręcznej dysponowała już zakupioną z własnych środków pompą motorową. Ta druga jednakże pod koniec wojny zaginęły, prawdopodobnie tuż przed wkroczeniem wojsk radzieckich – jej losy do dzisiaj pozostają nieznane. Wywieziono stąd również – już wcześniej – także i ową sikawkę ręczną, którą z kolei władze okupacyjne przekazały, czy też raczej wypożyczyły, mieszkańcom jednej z pobliskich wiosek. Ostatecznie z końcem wojny Kłobuczyno pozostało bez jakiegokolwiek poważniejszego wyposażenia technicznego.

Po wyzwoleniu naszych ziem, w marcu 1955 roku, zaczęto niemal natychmiast na nowo organizować we wsi ochotniczą straż pożarną. Działania te zainicjował Alojzy Rychert i Franciszek Okrój, pomagali im w tym dzielnie: Stefan Benka, Leon Ramczykowski i sołtys Alfons Machola. Ich najpilniejszym zadaniem było wyposażyć jednostkę choćby w najprostszy sprzęt gaśniczy. Toteż zaczęto gromadzić stare opony, których sporo pozostawało wszędzie z okresu wojny, aby dostarczyć je do Kartuz, i tam – w zamian – otrzymać sprzęt dla straży. Lecz niestety, żadnego wyposażenia OSP nie przydzielono; jak naszym strażakom wówczas powiedziano, spóźnili się z oponami o całe dwa dni. Nie zniechęciło to, na szczęście, naszych działaczy, a i prowadzone przez nich poszukiwania dały wkrótce spodziewane efekty. Albowiem w międzyczasie dowiedziano się, że tamta przedwojenna sikawka, którą „za Niemca” gdzieś oddano, znajduje się w oddalonej o kilkanaście kilometrów wsi Połęczyno (gmina Somonino). A, że stanowiła ona własność tutejszego sołectwa, więc zaczęto starania o jej zwrot. Na miejscu okazało się jednak, że na skutek działań wojennych sikawka jest niekompletna. Nie licząc innych pomniejszych uszkodzeń, przede wszystkim brakowało przedniej osi oraz przynależnych jej dwóch kół jezdnych. Szybko postarano się o brakujące elementy, dopasowano je i zmontowano. Już w pełni sprawną sikawkę umieszczona na powrót w budynku „starej” remizy w Kłobuczynie. Do macierzystej jednostki przetransportował ją swoim zaprzęgiem konnym Leon Ramczykowski. Natomiast przy likwidacji uszkodzeń dużym zaangażowaniem i sporymi umiejętnościami wykazał się mistrz kowalski Stefan Benka. On też został wybrany pierwszym powojennym komendantem OSP, zaś na jego zastępcę powołano wtedy Leona Ramczykowskiego. Ci dwaj organizowali w początkowym okresie działalność reaktywowanej jednostki oraz formowali nowe szeregi strażaków.